środa, 30 stycznia 2013

TAG: Makijażowe wyzwania! NR 1

Panna Joanna wpadła na pomysł świetnego TAGa "Makijażowe wyzwania!". Więcej poczytacie u niej na blogu TUTAJ.

Makijaż numer jeden będzie dotyczył słynnej już Twiggy. A oto zdjęcie, którym się inspirowałam :)


A to moja amatorska wersja tego makijażu. Nie udało mi się zrobić tak perfekcyjnie tych kreseczek na dolnej powiece, ale nie będę poprawiać. Podejrzewam, że za drugim razem nie wyszło by lepiej, a być może nawet gorzej :P



U mnie standardowo wersja dużo bardziej delikatna niż pierwowzór. Źle się czuję w ciemnych kolorach na powiece i jakoś nie umiem ich dużo nałożyć (taka blokada).

Mam nadzieję, ze Wam się spodoba :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Oriflame peeling enzymatyczny do twarzy Royal Velvet przywracający skórze blask

Skusiłam się na zakup, ponieważ byłam wierną fanką poprzedniego peelingu enzymatycznego z Oriflame. Czy któraś może go pamięta lub miała? Dla przypomnienia to ten poniżej w żółtym opakowaniu :)



Jest to proszek, który mieszamy z wodą i tą papką masujemy buzię. Potem zostawiałam na kilka minut na twarzy i spłukiwałam. Po zabiegu buzia była gładziutka - dosłownie wypolerowana.

Pół roku temu pojawił się ponownie w ofercie, ale tym razem pod szyldem serii Royal Velvet. Początkowo wielki zachwyt fanek tego peelingu zamienił się w rozczarowanie, gdy w katalogu można było przeczytać, że peeling jest skierowany do cery dojrzałej 40+.

Zaryzykowałam i go kupiłam.


 Pierwsze co się rzuca w oczy to podobne opakowanie, tylko w innej kolorystyce.


Forma proszku i sposób aplikacji identyczny. Nawet wielkość granulek podobna. Jedyne co się zmieniło to zapach. W poprzedniku był to zapach "vibovitu" lub witaminy C. Peeling Royal Velvet ma zdecydowanie bardziej ekskluzywny i perfumowany zapach.


Skład praktycznie identyczny - różnią się tylko tym co po parfum, czyli składnikami w ilościach śladowych. Oznaczenie, że jest to produkt dla cery dojrzałej jest nieporozumieniem - nie ma w tym produkcie nic co w jakikolwiek sposób było by nieodpowiednie dla młodszej cery.

Działanie jest takie same, czyli skóra niesamowicie oczyszczona i gładka. Żaden peeling mechaniczny, nie dał tak zdumiewającego efektu jak ten peeling enzymatyczny. Zdziera wszystko, bardzo dokładnie, a jednocześnie jest bardzo delikatny - nie można sobie nim zrobić krzywdy. Na twarzy lekko się pieni, a jak dostanie się do oczu to niesamowicie piecze, więc tą okolicę należy unikać.

Ta sama pojemność, bardzo podobna cena (obydwa nie należały do tanich).

Kobitki, jeśli kochałyście poprzednika, to nie wahajcie się i kupcie ten nowy!

"PUSTE POSTY" i ogólnie moje przemyślenia na temat blogosfery

Co ja rozumiem pod tym wyrażeniem? Puste posty to dla mnie post zatytułowany jak recenzja, czyli mamy pełną nazwę produktu, a pod spodem krótką notatkę o kosmetyku, głównie zawierającą opis od producenta.  Oczywiście blogerka pisze, ze produkt zaczyna testować i tyle.

Nie ma to jak podbić sobie liczbę wejść.

Nie wiem, może ja jestem dziwna, ale według mnie ważna jest szczerość. W tytule posta staram się umieścić wszystkie informacje, dzięki którym, można zidentyfikować dany produkt. Jeżeli kogoś to zupełnie nie interesuje, to nie wejdzie i tyle. Ja mam tak samo, jeśli jest to opinia o jakimś produkcie zupełnie mnie nie interesującym, to zdarza mi się takie posty omijać. Albo otwieram, pobieżnie przeglądam i zamykam - nazywam to wejściem z grzeczności. Dlatego "pusty post" to dla mnie oszustwo, wchodzę przeczytać opinie, a dostaję prztyczka w nos.

Kolejna sprawa, która zaczyna mnie irytować w blogosferze, to współprace. Popularne blogerki same nakręcają całą tą chorą sytuację. Są posty w których chwalą się darmowymi paczkami, czy torbami wyniesionymi ze spotkań. Okej, rozumiem, że się cieszycie, ale "młode" widząc takie posty, napalają się, zakładają blogi i przyjmują nawet najdurniejsze współprace, z których "wyjadaczki" się śmieją lub potępiają. Nie dziwcie się potem, że firmy co raz gorzej Nas cenią. (Sama nie napisałam ani jednego zapytanie o współpracę. Może kiedyś mój blog będzie na tyle popularny, że firmy same będą do mnie pisać. Bo cieszyła by mnie popularność, ale chcę ją osiągnąć na moich warunkach).

Uwielbiam też różnego rodzaju akcje marketingowe - przecież tak trudno się domyślić o co chodzi. W pewnym momencie na kilku blogach pojawiają się zdjęcia paczek od firmy X lub puste posty i wzmianka, ze zabieracie się do testów. Po miesiącu, mniej więcej w tym samym czasie pojawiają się miliony opinii, mniej więcej o tych samych produktach. Są firmy, które uwielbiają robić takie "koreczki". Przeczytam jedną, drugą, trzecią opinię, a potem nawet nie otwieram kolejnych postów. Osobiście bardziej mnie zniechęcają, niż zachęcają do zakupu.

Drażliwy temat i zupełnie mnie nie interesujący to zdjęcia. Wiele kładzie nacisk na ich profesjonalizm. Kupujecie lub dostajecie drogie aparaty, do tego jakieś tła i inne badziewia, poprawiacie w programach graficznych. Okej, Wasz wybór, Wasz czas, Wasze zdolności. Mój blog jest całkowicie amatorski, zdjęcia tym bardziej. Nie rozumiem tej nagonki - mój blog jest o kosmetykach, wystarczy, że dobrze oddam kolor, czy opakowanie czy konsystencję. Pociągają mnie kosmetyki, a nie fotografia, także ostrzegam u mnie wieje amatorszczyzną.

Może jestem zazdrosna, może mam jakiś problem ze sobą, ale ja to tak odczuwam. Wszystko dlatego, że wczoraj natknęłam, się na kolejnego pustego posta.

PS: Jako "puste posty" nie traktuję tych nie-kosmetycznych, gdy są odpowiednio zatytułowane. Niektóre bardzo lubię czytać, zwłaszcza, gdy blogerki wprowadzają czytelnika w swoje życie osobiste np jestem chora, święta z rodziną, dzień wolny, czy weekend poza miastem. Przynajmniej można dowiedzieć się czegoś ciekawego o autorce, jej pasjach, czy nowych miejscach :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Avon Solutions Hydra Beyond nawilzający krem-żel do twarzy

O innym kremie z tej serii pisałam TUTAJ. Tamten był bublem! Ten też!


Niebieska kolorystyka zarówno kartonika, jak i kremu sugeruje nam właściwości nawilżające. Srebrna nakrętka jest bardzo tandetna i zostają na niej ślady palców.


Krem ma niebieskie zabarwienie  i lekką konsystencję. Niech jednak Was to nie zmyli, bo krem jest tak jakby tłusty - to już któryś kosmetyk Avon'u o tej konsystencji, nie cierpię jej. Pachnie świeżo, ale nie jest to ładny zapach, choć nie śmierdzi.


Działanie jest kiepskie. Na dłuższą metę krem wysusza skórę i zaostrzył mi rumień na policzkach. Po nałożeniu dosyć szybko się wchłania, ale z nawilżenia nic nie pozostaje. Po 3 tygodniach wylądował obok swojego kolegi z serii jako krem do stóp.


Na koniec zostawiam wydajność, która jest kiepska. Poprzednika męczyłam ponad 2 miesiące, tego męczę miesiąc i niedługo zdenkuję.

Dziewczyny unikajcie jak ognia!!!

niedziela, 27 stycznia 2013

ORIGINAL SOURCE żel pod prysznic

Na blogach, aż huczało o tych żelach, więc musiałam kupić. Mam cztery: czekolada z pomarańczą, śliwka z syropem klonowym, pomarańcza z lukrecją i limonkowy bodajże. Pierwsze trzy otwarte, a czwarty dla męża na lato, więc nie otwieram na razie.


Wszystkie kupione w promocji za ok 7zł. Pojemność standardowa czyli 250ml.

Używam ich od miesiąca, więc jestem w stanie wydać opinię na ich temat.

Opakowania kanciaste, w nowoczesnej stylistyce. Z boku opakowanie jest tłoczone, dzięki czemu na pewno nie wyślizgnie się z mokrej dłoni. Fajnie, że żel stoi na zakrętce - nie ma problemu z wyciskaniem, nawet gdy żele będą sięgały dna. Jeśli chodzi o zakrętkę, to dla mnie nie ma większej różnicy, czy jest ta silikonowa wstawka, czy jej nie ma. W obu wypadkach można wycisnąć tyle ile się chce.

Zapach jest intensywny z opakowania, traci jednak na intensywności w kontakcie z wodą. Po kąpieli na skórze nie ma po nim śladu - dla mnie to plus, bo zapach mają pozostawiać perfumy.
Czekolada z pomarańczą (Chocolate & Orange) pachnie cudownie delicjami - zapach jest boski, chciało by się zjeść. Nie jest ani duszący, ani męczący.
Śliwka z syropem klonowym (Plum & Maple Syrup) pachnie bardzo słodko, ale syrop klonowy dominuje nad zapachem śliwek, a szkoda. Zdecydowanie bardziej wolałabym ten zapach w odwrotnej konfiguracji, tak jak nam jest to zasugerowane na opakowaniu. Czasem jest za słodki dla mnie, ale ogólnie zapach oceniam na plus.
Pomarańcza z lukrecją (Orange & Liquorice) pachnie samą słodyczą. Zapach jest trudny do określenia, jest tam w nim coś z lukrecji i z pomarańczy, ale to nie wszystko. Aromat tego żelu jest dla mnie za słodki i strasznie męczący. Jego zużycie zajmie mi dużo czasu. Nie polecam, chyba, że lubicie taki ulepek.


Żele są w konsystencji podobne do tężejącej galaretki. Trzeba uważać, bo może uciec przez palce czy spłynąć z ciała. Pieni się dobrze, jednak za dużo piany nie tworzy. Żele z wersji limitowanej są trochę bardziej gęste i ciągnące

Dobrze oczyszcza skórę, nie wysusza jej. Oczywiście nie ma żadnych właściwości pielęgnujących, ale jest to produkt do mycia, więc nie powinno się takich właściwości oczekiwać. Skład jest taki jaki jest - nie wszystkim będzie odpowiadał.

Podsumowując zapachy są boskie i to właśnie dla nich warto skusić się na zakup :)

PS: Odlewki żeli z OS są dla Was w zakładce niespodzianka :)




środa, 23 stycznia 2013

Dax Cosmetics Perfecta domowy pedicure i manicure

Kupiłam je jednocześnie, więc postanowiłam, ze opiszę w jednym poście. Pomyślałam, że takie saszetki mogą być fajną opcją na wyjazdy, a być może nawet niezłą kuracją. Na pierwszy ogień pójdzie kuracja do stópek.

DOMOWY PEDICURE



Dolna część to wulkaniczny peeling do stóp. Pierwsze co mnie uderzyło to zapach - jest to zapach peelingu cukrowego Perfecty o zapachu pomarańczy z wanilią (pisałam o nim TU). Drobinki są nie za duże i są zatopione w jakiejś kremowej substancji. Niby są ostre, ale jest ich za mało i są za drobne, aby porządnie zabrać się za ścieranie starego naskórka ze stóp. Także peeling oceniam słabiutko.
Górna część to serum, które jest także w postaci białego kremu i także o zapachu, o którym wspominałam wcześniej. Zaraz po nałożeniu odczuwam nawilżenie stópek (krem słabo się wchłania i marze po stopach), ale rano bez szału. Efekt nie odbiega od tego, który mam po każdym innym dobrze nawilżającym kremie.

Ogólna oceniam ten produkt jako bubel!! Peeling jest za słaby, a serum nie wnosi nic do pielęgnacji.

DOMOWY MANICURE



Dolna część to szafirowy peeling do rąk. Biały krem, ze średnią ilością bardzo drobnych cząsteczek. Byłam sceptyczna, ale po 5 minutach zalecanego masażu tym peelingiem, skóra dłoni była bardzo gładka. Peeling choć niepozorny, jest naprawdę świetny - delikatny, a jednocześnie niezły z niego zdzierak. Oczywiście pachnie tak samo jak pedicure jak i wcześniej wspominany peeling cukrowy do ciała.
Górna część to maska-serum do rąk. Biały krem o tym specyficznym aromacie pomarańczy z wanilią. Pomimo nałożenia kremu bardzo grubą warstwą, dosyć szybko się wchłonął. Dłonie stały się nawilżone i gładkie. Nawet powiedziałabym, że mniej pomarszczone. Skóra odzyskała blask i zdrowy wygląd, który dodatkowo jest potęgowany przez efekt "glow", który pozostawia to serum.

Ogólnie zarówno peeling jak i serum są świetne. Polecam!

Podsumowując, jeden produkt to bubel, drugi to hit. Aktualnie chyba zmienione są już opakowania, ale skład i właściwości te same :)

Miałyście????

wtorek, 22 stycznia 2013

Oriflame mydło w płynie Nature Secrets z odżywczą pszenicą i kokosem

Kupiłam cały zestaw, ale jak powąchałam mydełko, resztę odsprzedałam. Ale o tym później.


To jest zdjęcie ze strony Oriflame. Moje poniżej, już prawie zdenkowane i strasznie usyfione pastą do zębów (moje dziecko ma straszne rozrzut jak myje zęby i już się poddałam i myję umywalkę raz na tydzień) - wybaczcie za to. Stylistyka opakowania rzecz gustu, ale mi się podoba.


Po pierwsze zapach - za mało kokosowy, zapach zboża jest przytłaczający i nie ładny (co gorsza utrzymuje się na dłoniach). Konsystencja jest dosyć gęsta, a kolorek beżowo-żółty, jak na tej wstawce powyżej po prawej stronie (jest to fragment sfotografowanego dna opakowania).

Mydło dosyć słabo się pieni, przez co przy bardziej zabrudzonych dłoniach jedno naciśnięcie to za mało. A co za tym idzie jest mega niewydajne (nie stoi nawet 2 miesięcy, a zazwyczaj mydełka w tej objętości stoją u mnie ok 3 miesięcy).

Ale mój największy zarzut dotyczy właściwości pielęgnacyjnych - nie wymagam ich od mydła, ale to wysusza skórę, co według mnie jest niewybaczalne.

Dziewczyny omijać szerokim łukiem, bo cena w promocji to 12zł, a nie jest warte nawet 2zł!!!

SKŁAD:AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE, SODIUM CHLORIDE, SORBITAN SESQUICAPRYLATE, ALMOND OIL PEG-8 ESTERS, LAURYL GLUCOSIDE, STEARYL CITRATE, PARFUM, SODIUM BENZOATE, SODIUM CITRATE, CITRIC ACID, 2-BROMO-2-NITROPROPANE-1,3-DIOL, COCOS NUCIFERA OIL, HYDROLYZED WHEAT PROTEIN, CI 16035, CI 19140, CI 42090

poniedziałek, 21 stycznia 2013

BeBeauty Shape Expert wyszczuplająco-antycellulitowy balsam do ciala

Te, które robią zakupy w B.iedronce, wiedzą, że czasem można tam trafić na kosmetyczne perełki :) Capnęłam ten balsam i wrzuciłam do koszyczka, bo tuba wielka, cena niska, a mógł się okazać jakimś dobrodziejstwm.

Zapłaciłam niecałe 8-9zł za 250ml. Do zakupu przekonał mnie napis, że "bluszcz, winogrono & guarana" - pomyślałam, że taki zastrzyk natury, akurat się przyda :)


Niestety dopiero w domu, minął mi zakupowy amok i przyjrzałam się składowi. Pierwsze trzy miejsca to woda, parafina i gliceryna, więc jak można się spodziewać balsam ma dość ciężką konsystencją. Ekstrakty roślinne są gdzieś dalej, ale jeszcze przed parfum, wiec na szczęście nie w ilości śladowej.


Zapach jest kremowy, a specyfik jest koloru białego i o gęstej konsystencji. Żeby na skórze nie było smug, należy go troszkę wmasować w ciało. Skóra jest natłuszczona, ale się nie lepi. Wchłania się dość szybko (zajmuje mu to do 5min, ale biorąc pod uwagę konsystencję jest to dość szybko) i oczywiście zostawia film i gładką skórę. Wrażenie to utrzymuje się do pierwszego mycia.



Byłam troszkę zawiedziona, bo nie tego oczekiwałam. No, ale jak się kupiło, to trzeba zużyć.

Przełom nastąpił po około dwóch tygodniach. Jak tylko przychodzą mrozy, mam problem z przesuszoną skórą nóg (wychodzi nie noszenie rajstop pod spodniami). A tu okazało się, że jednak w tym roku przesuszonej skóry na udach nie mam, choć czasem pojawiała się na łydkach. Jednak ta parafina i gliceryna zabezpieczyły moją skórę. Niestety utrudniają one również przenikanie substancji do skóry, więc sam efekt ujędrnienia oceniam dosyć słabo.

Podsumowując - krzywdy mi nie zrobił, ale też nie pomógł jakoś bardzo. Raczej nie polecam.

środa, 9 stycznia 2013

Różowo

Fiolet mi się znudził - teraz stawiam na róż :D
Mam nadzieję, że na blogu będzie mniej mrocznie. Zaczynam tęsknić za latem i słońcem :(

Na poprawę humoru wrzucam samochód z dużego kartonu, który w Sylwestra z moich synkiem zmontowaliśmy :)



Miałam później spokój na pół dnia, bo bąbel pół dnia z samochodu nie wychodził :P

wtorek, 8 stycznia 2013

Avon błyszczyk "Uwodzicielskie nawilżenie" Pearly Pink

Piszę o tym błyszczyku, bo warto, a można go będzie kupić tylko do 17 stycznia, a potem znika z oferty Avonu. Zwłaszcza, że kosztuje zaledwie 10 zł teraz - takiej ceny jeszcze nie było.

 z fleszem
bez flesza
Zdecydowałam się na kolor Pearly Pink, czyli intensywny róż/ fuksja. Ciągnie mnie do tego koloru :D
Jak widać w opakowaniu jest kilka tonów, od jasnego, pudrowego różu po karminowy, ale po zmieszaniu mamy śliczną intensywną fuksję. Niby są tam jakieś drobinki, ale trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby je odnaleźć później na ustach.
Aplikacja standardową patką/puszkiem. By pokryć całe usta potrzebne są 2-3 zanurzenia.

gołe usta
 z fleszem
bez flesza

Wykończenie określiłabym jako kremowe, ale nie daje ona ciężkiego efektu na ustach. Świetnie kryje, ma dobrą pigmentację, a jednocześnie jest leciutki i nie czuć go na ustach. Trzeba go nakładać patrząc w lusterko, bo można sobie zrobić kuku. Minimalnie się klei. Oczywiście błyszczyk jest na ustach do pierwszego posiłku, czyli trwałością nie grzeszy, jak to błyszczyk.

Uważam, ze bardzo ładnie nawilża i wygładza usta. Wykończenie podobne do tego które dają pomadko-błyszczyki :)

Skoro jest taki świetny, dlaczego nie kupiłam ich więcej??
Z trzech powodów:
- poprzednio był droższy 15-20 zł
- ma małą gamę kolorów, bo aż 4 (pozostałe to szampański beż, jasny róż z pomarańczowymi tonami i ciemny fioletowy róż) i reszta mnie nie kusi
- Avon wpadł na pomysł, żeby te błyszczyki produkować w Chinach, tak jak by fabryka w Polsce nie mogła, tym bardziej , że kosmetyki produkowane w Chinach i tam sprzedawane muszą być testowane na zwierzętach - taki foch z mojej strony na Avon

Jeśli jakiś kolorek Wam będzie odpowiadał, to polecam kupić, bo naprawdę warto :)


Schwarzkopf Schauma szampon z olejkiem arganowym Vs. Q10

Dzisiaj będzie moja pierwsza recenzja porównawcza. Często zdarza mi się zakładać, że kosmetyki z jednej linii/serii są tej samej jakości czy o podobnych właściwościach. Jednak już wielokrotnie przekonałam się, ze jednak tak nie jest (zwłaszcza w kolorówce), a te szampony są tego kolejnym dowodem :)

Zacznę od szybkiego opisu moich włosów. Mam ich sporo, ale są cienkie i przetłuszczające (myję głowę codziennie). Sięgają troszkę za ramiona i uwielbiają się plątać. Końcówki lekko zniszczone, a włosy na całej długości są przesuszone. Wysokoporowate.


Pierwszy szampon to Schauma z olejkiem arganowym (brązowy). Przeznaczony jest do włosów łamliwych i rozdwajających się. Drugi to Schauma z koenzymem Q10 (złoty) przeznaczona do włosów cienkich i osłabionych. Wydawało by się, że oba idealne dla mnie :)

Sama stylistyka butelek bardzo fajna - dzięki kolorom wydają się bardziej luksusowe. Nie wyślizgują się z mokrej dłoni, a otwarcie jest bezproblemowe. Na minus zaliczam brak przezroczystości, więc ile pozostało szamponu musimy ocenić na wagę w ręku. Szampony można postawić do góry nogami, ale są wtedy mało stabilne, także tu też minus.


Szampon z olejkiem arganowym (brązowy) ma kremową konsystencję (jest koloru białego) i śmierdzi. Producent pisze o zapachu wanilii, ale to na pewno nie wanilia. Strzelam, ze szampon zawdzięcza swój odorek olejkowi arganowemu, z którego jest niezły śmierdziuszek. Szampon dobrze się pieni i oczyszcza/myje.

Szampon z koenzymem Q10 (złoty) ma rzadszą konsystencję, jest w kolorze kości słoniowej i mieni się perłowo. Zapach jest mocno perfumowany (troszkę luksusowy i ciężki), ale ładny, nie przeszkadza mi. Pieni się troszkę gorzej od poprzednika, ale tak samo dobrze myje/oczyszcza.



Sz. z o.a. (brązowy) nie plącze włosów, po myciu są śliskie i czasami mogłam odpuścić nakładanie odżywki czy maski (nie przesusza włosów, a zwłaszcza końcówek). Niestety szampon nieźle obciąża moje włosy, są przyklapnięte, a pod wieczór końce zwijają mi się w pukle/loki. Niestety wieczorem włosy są już nieświeże i przetłuszczone, a następnego dnia koniecznie muszę umyć głowę.

Sz. z k.Q10 (złoty) także nie plącze mi włosów i po myciu nie mam problemu z ich rozczesaniem. Włosy są śliskie i nie przesuszone, ale odżywkę musiałam nałożyć chociaż na końcówki. Po wysuszeniu włosy są puszyste i sypkie. Następnego dnia mogłam sobie pozwolić na ich nie umycie, bo szampon nie powoduje szybszego przetłuszczania u mnie. Może nie były takie jak poprzedniego dnia, ale takie na granicy akceptowalności.



Jeśli chodzi o składy, to baza jest taka sama i opiera się na SLS, ale potem szampony składami się różnią. Warte zauważenia jest także to, że dosyć wysoko w składach są składniki aktywne i olejki. Dużo osób uważa, że nie ma to znaczenia, jednak zachowanie moich włosów po użyciu jednego i drugiego szamponu było tak różne, ze śmiem w to wątpić, zwłaszcza, że odżywki używam tej samej i ona nie miała wpływu na tak skrajne zachowanie moich włosów.

Szampony upolowałam w promocji za 6-7zł. Tego z olejkiem arganowym już nie kupię. Ten z koenzymem Q10 prawdopodobnie tak, jeśli uda mi się go dorwać znów w tak niskiej cenie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Grashka wydłużający tusz do rzęs czarny

Kolejna blogowa wygrana zaowocowała nowym tuszem do rzęs. Tym razem pofarciło mi się u Moniki z bloga kulkaowszystkim. U niej także pierwszy raz przeczytałam o tym tuszu i mnie nim zaintrygowała, pomimo że to tusz wydłużający, a ja za takimi nie do końca przepadam :(



Pierwsze co mnie uderzyło to bardzo prosta stylistyka.i maleńka szczoteczka. Tusz jest gęsty i smoliście czarny. Nie skleja rzęs, ładnie je rozdziela, wydłuża i podkreśla rzęsy. Daje raczej delikatny efekt.

Poniżej "gołe" rzęsy, potem jedna i kolejno dwie warstwy.



Ot, taki zwyklaczek. Nie jest zły, ale zdecydowanie bardziej wolę tusze pogrubiające i nie skuszę się na zakup tego, ani żadnego wydłużającego. Z takim naturalnym efektem czuję się jak bez makijażu.

Co do trwałości: nie kruszy się, ale pod koniec dnia pod oczami mam ciemne smugi. Jednym słowem - nie jest ani wodoodporny, ani wodooporny. Nie nadaje się dla osób, którym, tak jak mi czasem łzawią oczy.

A jak Wam podoba się efekt?

SKŁAD: AQUA, SORBITAN OLIVATE, CERA CARNAUBA, ORYZA SATIVA CERA, STEARIC ACID, VP/VA COPOLYMER, GLYCERIN, HYDROXYETHYLCELLULOSE, VP/HEXADECYNE COPOLYMER, SORBITOL, AMINOMETHYL PROPANOL, TOCOPHEROL, BIS-PEG/PPG- 16/16 PEG/PPG- 16/16 DIMETHICONE, DIMETHICONE, PPG- 17/IPDI/DMPA COPOLYMER, PANTHENOL, ISOPROPYL MYRISTATE, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, BAMBUSA VULGARIS LEAF/STEM EXTRACT, PHENOXYETHANOL IODOPROPYNYL BUTYLCARBAMATE, CI 77499

sobota, 5 stycznia 2013

Golden Rose lakier do paznokci nr 92

Wpadłam w jakiś lakierowy amok - recenzja za recenzją :P Ale każdy lakier chciałam przetestować odpowiednio długo, aby wyrobić sobie zdanie. Ten także wygrałam w rozdaniu, ale tym razem u Sylluni :)


Kolor jest cudowny - delikatny rózowo-brzoskwiniowy z zatopionymi srebrnymi drobinkami.

 bez flesza
z fleszem
W buteleczce jest 9,5ml, pędzelek jest wygodny (2-3 pociągnięcia na paznokieć). Niestety lakier jest rzadki,  nie kryje dobrze. Na zdjęciach są 3 cienkie warstwy i nadal widać końcówki i są prześwity. Schnie względnie, tzn 3 warstwy spowodowały, że lakier był troszkę miękki i dorobiłam się kilku uszkodzeń (nie należę do cierpliwych, wytrzymałam 5 min w bezczynności). Końcówki zaczęły się ścierać po 2 dniach, a po trzech miałam już pierwszy odprysk. Mani postanowiłam uratować za pomocą sypkiego brokatu do paznokci - wyszło bardzo fajnie :)


Nałożyłam 4 warstwę lakieru, która dała pełne krycie i głęboki kolor. Szybko wyschła co mnie zaskoczyło (wtedy te 3 na raz były za wilgotne). Na mokry lakier wysypałam brokat. Całość utrwaliłam bezbarwnym topem.

Wspominałam że w lakierze są srebrne drobinki, choć dopatrzeć na zdjęciach będzie trudno (troszkę widać na drugim, jak osadziły się na buteleczce z lakierem). Jest ich nie za dużo i są drobniutkie. Bardziej rozświetlają lakier niż dają efekt bling-bling.

Ponieważ muszę nakładać niezliczone warstwy, lakier szybko ubywa. Użyłam go 4 razy i nie ma już 1/4 buteleczki, co można zauważyć na zdjęciach. Jak go dostałam, to był pełny po brzeg.

Podsumowując, kolor jest piękny, ale dla mnie ma za słabe krycie :( Raczej nie kupię tego odcienia, ale nie skreślam serii, bo mam jeszcze kolorek miętowy i tak na szybko sprawdzając, ma duźo lepsze krycie :)