środa, 31 października 2012

L'oreal Nutri-Gold Nawilżająca terapia odżywcza na dzień

Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła, my się zimy nie boimy....i kremikiem się bronimy...


Co rok zawsze mam jakiś krem typowy na tę porę roku. W tym roku padło na.....(werble).....L'oreala. Z bardzo prostej przyczyny - dostałam go za free :)

Jest to całkiem nowy produkt. Jak na razie zbiera bardzo pozytywne recenzje i taka będzie też moja.



Krem nie posiada ograniczeń wiekowych - jest tak samo dla 20-latki jak i 50-latki. Ja dodam od siebie, ze jest to zdecydowanie krem do cery suchej.



Zacznę od pudełka. Przede wszystkim jest zafoliowane - za co wielki plus. Lubię higieniczne rozwiązania. Opakowanie jak i słoiczek wyglądają bardzo ekskluzywnie, dodatkowo kartonik i słoik do recyklingu pójdzie, a nakrętka na zbożny cel. Lubię jak nic się nie marnuje. I teraz najlepsze - krem ma wewnątrz dodatkowe wieczko wielokrotnego użytku, zabezpieczające krem przed rozlaniem się na gwincie - genialny pomysł dla osób podróżujących.


Krem jest dosyć mocno perfumowany, z czasem wietrzeje z pudełka i już tak nie uderza zapachem jak na początku. Według mnie, zapach jest przyjemny i absolutnie nie przeszkadza, gdy krem już jest na twarzy. Sam krem jest koloru beżowego.


Konsystencja jest lekko zbita, ale przyjemna i krem delikatnie się rozprowadza. Patrząc na niego nie spodziewałam się tej lekkości. Nie wchłania się szybko i jest bardzo treściwy, ale nie zapycha. W kremie zimowym film, który pozostaje na skórze jest dla mnie akceptowalny.


Podpasował mi bardzo. Świetnie nawilża i sprawia, że skóra jest mięciutka. Pozostawia film, ale nie lepi się. Gdy skóra jest ściągnięta, daje natychmiastowe uczucie odprężenia i komfortu.
Jest to idealny krem na zimę, a przekonałam się o tym przy okazji ostatnich mrozów. Gdy tylko wysmarowałam buźkę innym kremem, poczułam to szczypanie na twarzy na dworze - a przy Nutri-Gold nic takiego nie ma miejsca. Po powrocie do domu, gdzie grzejniki wysuszają powietrze, też nie ma żadnego uczucia ściągnięcia. A uwierzcie mi, mam z tym problemy i od razu wyczuję kremowego oszusta.


Także polecam!

wtorek, 30 października 2012

Avon energizujący scrub do stóp z solą morską

Bardzo długo zbierałam się z opinia o tym produkcie, bo od razu podeszłam do tego scrubu negatywnie.  Wszystko przez krem z tej samej serii, który według mnie jest beznadziejny.

U mnie w starym opakowaniu, ale skład ten sam.


No, ale po kolei. Miękka, bardzo przyjemna wizualnie tubka. Cena 75ml za ok 7-10zł.

Zapach świeży, ale bez szału. Po wyciśnięciu dostajemy morski żel z różnokolorowymi drobinkami. Te białe to sól morska.


Scrub należy zaaplikować na wilgotne stopy. Na mokrych sól rozpuszcza się błyskawicznie i potem jest tylko myzianie stóp. Próbowałam na lekko wilgotnych i tu można troszkę pomasować girki tym scrubem, ale nie trwa to dłużej niż jedną minutę :(


Najdziwniejsze jest dla mnie to, że ten skrobak przy wmasowywaniu go w skórę pieni się - jeszcze mi się to nie zdarzyło. Potrafi uciekać przez palce, czy ześlizgnąć się ze stopy, ale to akurat potrafi większość ;)

Najważniejsze, czyli działanie. Długo się zastanawiałam czy jest dobre czy złe. W końcu kondycja moich stópek na tyle się pogorszyła, że w końcu mogę wydać ostateczny werdykt. W pewnym momencie się troszkę przesuszyły i miałam pełno suchych skórek. Nie pomógł mi w walce ani troszeczkę. Zastosowałam go raz, drugi, trzeci i nic. Użyłam do stóp jednorazowo peeling enzymatyczny do twarzy i efekt był natychmiastowy - ani jednej skórki pół minuty później. Także scrub z solą morską jest tragiczny.

Kolejny mankament to wydajność - jest kiepska, pierwszy raz tak szybko kończy mi się tego typu kosmetyk.

Osobiście go odradzam, bo u mnie nie sprawdził się.

piątek, 26 października 2012

Chusteczki do higieny intymnej Pure intimate feminine


Dzisiaj napiszę o moim małym odkryciu. A mianowicie o angielskich chusteczkach do higieny intymnej. Nie ukrywam, że raz na pół roku zamawiam sobie mega pakę chemii niemieckiej (raz że wychodzi taniej, dwa że jest lepsza, trzy nie tylko chemia niemiecka się trafia). Wertując ofertę hurtowni natrafiłam na te chusteczki. Wzięłam na próbę, bo z tego co pamiętam nie kosztowały nawet 5 zł. W jakiejkolwiek drogerii, ceny chusteczek do higieny intymnej wahają się w granicach 10 zł.

Jestem tymi zachwycona!



Po pierwsze dostajemy mega pakę, bo aż 25 sztuk. Standardowo jest ich zaledwie 15 sztuk. Rozmiarowo porównywalne, choć te "niemieckie" ciutkę większe i grubsze - nie są półprzezroczyste. Zresztą już po opakowaniu widać, ze pomimo zużycia, są dużo grubsze niż jakiekolwiek inne dostępne w Naszych drogeriach.


Po drugie są świetnie nasączone, ale nie są kapiące wodą. Czyli mokre, ale nie za mokre, według mnie idealne. Mam je pół roku i nadal są fajnie wilgotne. Poprzednie innej marki po pół roku były prawie suche. Warto tu zwrócić uwagę, że często mam je w torebce, a to odklejane otwarcie nie zawija się, nie odkleja, nie ma na nim żadnego uszczerbku.


Po trzecie idealnie działają. Świetnie oczyszczają, dając długotrwałe uczucie świeżości. Całkiem nieźle nawilżają, nie powodując żadnego dyskomfortu.

Do tej pory traktowałam nawilżane chusteczki jako takie zło konieczne, bo czasem się przydają. A te pokochałam i już się zastanawiam, ile paczek zamówić sobie na zapas. Co ciekawe w tej serii są też chusteczki do demakijażu w różnych wariantach. Któreś na pewno wybiorę na próbę :)

PS: Sprawdziłam i aktualnie kosztują 3,73 za opakowanie.

czwartek, 25 października 2012

Avon maseczka Planet Spa peel-off wygładzająca "Ryż i sake"

Słodkie lenistwo dziś mnie dopadło. Najchętniej przeleżałabym cały dzień w łóżku :)

W związku z tym pomyślałam, że czas opisać kolejną maseczkę w związku z TAGiem. W swoich zbiorach mam lub miałam kilka maseczek peel-off z Avonu z serii Planet Spa:
- wygładzająca japońska z "Sake i ryżem"
- oczyszczająca "Prowansalska lawenda i jaśmin"
- odświeżająca z algami "Greckie Morza"
Podobno peel-off jest jeszcze ta nowa z kawiorem. Jak kupię (mam w planach ją na styczeń, bo w katalogu 1/2013 będzie w promocji za 9,99zł), to wtedy na pewno opiszę :)



Najlepsza jest na chwilę obecną ta z japońska z "Sake i ryżem", lawendowa jest znośna, a grecka fatalna. Grecką kupiłam bardzo dawno temu, smród alg połączony z alkoholem, dziwna konsystencja przez kawałki/grudki alg i kiepskie efekty po zastosowaniu. Zdziwiłam się jak wprowadzono ja do katalogu powtórnie, ale na szczęście znów ją wycofują - także dziewczyny nie kupujcie!

W lawendowej najbardziej podoba mi się zapach, choć przy nakładaniu czuć tylko i wyłącznie alkohol. Dopiero jak odparuje to mamy piękny kwiatowy zapach (lawenda i jaśmin), który pomaga się zrelaksować. W konsystencji klejąca jak każda peel-off, na skórze szybko zastyga i ściągamy ją w całości. Przezroczysta z perłowo-fioletowym połyskiem. Efekty są średnie, więc pewnie bym jej już nie kupiła, ale została wycofana ze sprzedaży, więc nie mam tego dylematu.


I tak jak pisałam, najlepsza z całego tego tria, jest maseczka japońska z "Sake i ryżem". I to na niej chciałabym dzisiaj się skupić. Cena waha się od 10 do 27 zł za 75 ml, w styczniowym katalogu będzie właśnie za 10 zł, także warto wtedy ją zamówić. Opakowanie standardowe, czyli miękka tuba i zatyczka typu klik.


Sama maseczka jest biała, dosyć gęsta i klejąca, ale ładnie się rozprowadza na twarzy, zastyga całkowicie w przeciągu 10 min. Na początku czuć alkohol, potem jak dla mnie zapach jest niezidentyfikowany (trochę orientalny), nie jest ładny, ale też nie śmierdzący. Po zastygnięciu maseczkę można ściągnąć z twarzy w jednym kawałku (dla mnie to zawsze frajda, żeby ściągnąć ją, nie rozrywając jej), ale potrafi na tyle dobrze przywrzeć, że przy ściąganiu może ciągnąć za mikroskopijne włoski.



No i czas na efekty, a tu naprawdę są spektakularne. Buzia jest dużo gładsza i przyjemniejsza w dotyku, cera rozświetlona i wyglądająca na zdrowszą. Skóra jest zmatowiona, oczyszczona, a pory zmniejszone. Maseczka lekko ściąga, ale nie jest to takie intensywne uczucie jak przy glinkach! Nie wysusza skóry, a po jej zastosowaniu kremy dużo lepiej się wchłaniają. Ten widoczny efekt rozświetlenia utrzymuje się jeden dzień, natomiast skóra jest gładsza w dotyku ok 3 dni.

Skład:
AQUA, POLYVINYL ALCHOL, ALCOHOL DENAT, POLOXAMER 185, XANTHAM GUM, PARFUM, METHYLPARABEN, ORYZA SATIVA BRAN OIL, PROPYLENE GLYCOL, BHT, RICE FERMENT FILTRATE (SAKE), CAMELLIA SINENSIS EXTRACT, GLYCINE SOJA EXTRACT, CI 77891

Szczerze polecam, bo jeszcze nie spotkałam się wśród koleżanek z negatywną opinią po jej zastosowaniu :)

Miałyście? Macie? I jak u Was się sprawuje?

środa, 24 października 2012

Avon tusz do rzęs Super Shock

Kiedyś miałam tak, że jak tylko wchodził jakiś katalog Avonu, to ja zawsze brałam nowości. No po prostu musiałam wypróbować :D Potem jeszcze zaostrzyło się gdy trafiłam na wizaż.pl do avonmaniaczek. A potem nadeszły czasy blogosfery i troszkę się uspokoiłam z zakupami avonowymi, tzn zaczęłam wydawać pieniądze w drogeriach, ale też zaczęłam robić się wybredna.


I tak kiedyś moim "must have" był tusz Super Shock z Avonu. Jakiś czas temu znów do mnie trafił. I wiecie co? Już nie było tego zachwytu, co zawsze. Nadal jednak mieści się w kategorii "dobre".

Do szaty graficznej nie przywiązuję wagi, bo co rok się zmienia jak są nowe "limited edition". Standardowo powinno być klasyczne czarne, ale było już bordowe, fioletowe, w złote kropki, czy jak w tym roku znów bordowe, ale tym razem w złote gwiazdki.  Opakowanie tuszu jest mega wielkie i grubaśne. Wszystko wyjaśnia się gdy wyjmiemy szczoteczkę - to ona jest właśnie na grubym patyczku, choć ma krótkie silikonowe włoski.


Tusz jak jest świeży to ładnie pogrubia rzęsy, ale przy kolejnych warstwach potrafi jakiś kosmyk skleić. Jak już jest troszkę starszy tak jak mój, to już nie skleja, ale i efekt pogrubienia nie jest taki spektakularny.

Na początku szczoteczka wydawała mi się przerażająco wielka, potem się do niej przyzwyczaiłam. Jednak nie jest ona najwygodniejsza do malowania tych najmniejszych rzęs. Brakuje mi też czubka w szczoteczce.

Tusz nie kruszy się i u mnie wytrzymuje cały dzień. Nie jest wodoodporny, ale nie rozmazuje się. Ewentualnie po kilku godzinach powstają takie bardzo jaśniutkie cienie tuż pod samymi oczami, ale wystarczy przejechać paluchem i nie ma po nich śladu. Jest to spowodowane tym, że  mi często łzawią oczy i mam tak z większością tuszy.

NIEPOMALOWANE


Wybaczcie brak makijażu, ale daję się zaleczyć trądzikowi, który ostatnio mnie dopadł.
POMALOWANE:



To niesamowite, jak zwykły tusz potrafi odmienić oko :P

Jak widać na zdjęciu, jedna warstwa lekko pogrubia i ładnie rozdziela rzęsy.

A Wam jak się podoba efekt??

poniedziałek, 22 października 2012

DAX COSMETICS

To będzie taka krótka notka - takie wylewanie żali, więc kto nie lubi takich rzeczy to ostrzegam na wstępie, że niech nie czyta dalej :)

W lipcu wypełniłam ankietę na stronie Dax Cosmetics. Dostałam maila, że w przeciągu miesiąca próbki powinny do mnie dotrzeć. Wszystko fajnie tylko ze to było 12 lipca. 27 września napisałam że przesyłka do mnie nie dotarła, i czy mogłabym uzyskać jakieś informacje na ten temat.

Wiecie co? Dzisiaj mamy 22 pażdziernika i do tej pory nie dostałam odpowiedzi. A mail został wysłany na oficjlany adres mailowy, z którego dostałam od nich maila i który widnieje na stronie jako ten do kontaktu. Totalnie nie poważne zachowanie.

Od dzisiaj postanawiam nie kupować żadnych produktów tej firmy, za ich olewczy stosunek do mnie. Foch!

EDIT 24.10.2012
Dzisiaj w skrzynce znalazłam list od DAX. Nadany 25 września, doszedł do mnie dzisiaj czyli po miesiącu. Jest to wina Poczty Polskiej.

Moja pierwsza myśl - ja im zgłosiłam, a oni nawet nie odpisali, że wysyłają powtórnie. No to trzeba edytować posta, bo pomimo, że milczą, wysłali powtórnie. No i czytam tego mojego posta i wtedy nadchodzi oświecenie! Ja im napisałam, że do mnie przesyłka nie dotarła 27 września a oni nadali 25 września. WOW!

A takiego maila dostałam 12 lipca:
"

dax@dax.com.pl
12.07
do mnie
Dziękujemy za wypełnienie ankiety.

      W ciągu 30 dni prześlemy próbki kosmetyków na podany w ankiecie adres.

....."

Czyli z wysłaniem próbek nie wyrobili się nawet w 30 dni (dokładnie zajęło im to 75 dni). A uwierzcie mi nie mieli z tym dużego problemu bo w zwykłej kopercie znajdowały się dwie próbki i list z podziękowaniem. Z odpisaniem mi też mieli problem. Jestem w szoku.....

niedziela, 21 października 2012

Maseczka Dermo Minerały

Jak już pisałam, strasznie mnie wysypało. Stwierdziłam, że z tymi moimi bombami, to nic sobie tak nie poradzi jak glinka. Miałam już iść do drogerii, ale przy okazji zakupów w Biedronce wypatrzyłam te maseczki. Wybrałam tą na trądzik. Kosztowała 3zł.



Na opakowaniu jest informacja, że połówka powinna starczyć na 1-2 razy. U mnie połówka jest na raz. Maseczka jest błotnisto-zielona. Zapach...hmm...troszkę śmierdzi, ale idzie wytrzymać.


W konsystencji maziowata, jak każda inna maseczka z glinką. Nakłada się ją dobrze. Na twarzy dość szybko zasycha, więc ja ratowałam się wodą termalną w spray'u. Prędzej czy później zamienia się w skorupę i zaczyna pękać, niemiłosiernie przy tym ściągając skórę. Także po maksymalnie 10 minutach zmyłam ją z twarzy. Zmywanie trwało ponad 5 min - ciężko schodzi, no ale te z glinką już tak mają.

Efekty: zmatowiona cera, zmniejszone pory, ujędrniona skóra. Najlepsze jednak, ze pomogło mi na wysyp między brwiami - trądzik stał się mniej bolesny i zmniejszyła się opuchlizna. Jednym słowem pomogła :)

POLECAM :)

TAG: Akcja - październik miesiącem maseczek


Zostałam otagowana przez theMonique - zachęcam do odwiedzenia jej bloga :)

Zasady tagu:
- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu, Maliny http://testykosmetyczne.blogspot.com/
- umieść zasady tagu w poście na swoim blogu
- dopisz się do listy obserwatorów Maliny
- napisz kto Cię otagował
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki
- otaguj minimum 5 osób




Celem tagu jest:
- zachęcenie do chwili relaksu, aby zrobić coś tylko dla siebie
- zadbanie o swoją twarz bez względu na wszystkie obowiązki
- poprawienie swojego wyglądu
- wyrobienie sobie nawyku nakładania maseczki raz w tygodniu
- radość i duma ze swojego wyglądu

Wybaczcie, ale ponieważ jest już prawie koniec października, to troszeczkę nie zastosuję się do zasad TAG'u. W pażdzierniku mamy 4 i pół tygodnia , więc powinno być 5 recenzji maseczek. Zobowiązuję się, że postaram się w najbliższym czasie umieścić te 5 recenzji maseczek. Raczej wątpię, żeby udało mi się to do końca października, bo zostało zaledwie 8 dni do końca tego miesiąca. Nie mam zwyczaju pisania recenzji "na zaś", więc nie posiadam gotowców, które mogłabym wkleić. Jak mam ochotę o czymś napisać, to piszę, ot cała moja filozofia.

Nie ma też sensu, żebym kogokolwiek tagowała, bo jak już to wcześniej pisałam, miesiąc nam się kończy.

Co do samych maseczek to nie mam ulubionych. Mam w swoich zbiorach zarówno oczyszczające błotka/glinki, nawilżające żele/kremy jak i złuszczające peel-off. Są to całe tubki, jak i saszetki. Wybór duży, więc zachęcam do śledzenia bloga. A oto i moja maseczkowa kolekcja:


- Dermo Minerały - glinka
- Rival de Loop - peel off i nawilżająca
- AA nawilżająca
- Avon - nawilżająca Jagody Goi, nawilżająca Marokoańska Róża, peel off Sake ryż, glinka Lotos Kokos, peel off Lawenda z Prowansji
- Oriflame oczyszczająca glinka

Jutro opiszę Dermo Minerały, jak widać pół już brakuje. Miałybyście ochotę poczytać o którejś konkretnej?

EDIT (tu wrzucam Wam linki do odpowiednich maseczek):

Dezodorant w spray'u Garnier Mineral

U mnie ten tydzień troszkę szalony. A jak u was?
Po pierwsze synek zachorował. Do środy jeszcze szło wytrzymać, bo więcej leżał, ale od czwartku dał mi już czadu w domu. Dzisiaj dzień bez chlopaków, wiec wreszcie mogę od nich odpocząć.
Po drugie miałam imieniny! Tak, tak, będę miała nowy płaszczyk :D
Po trzecie zmiana avonowych katalogów, więc klientki się rozszalały. Ta coś chciała ze starego, ta z nowego. W każdym bądź razie jestem bogatsza o dwa nowe kolorki lakierów do paznokci i pędzelek do zdobień:D

Aaaaa! I jeszcze po czwarte jest - cosik mnie wysypało, co najgorsze między brwiami (albo to trądzik, albo zamieniam się w nosorożca).


Ale wracając do tematu. Niedawno rzuciłam posta z moim wyzwaniem denkowym. Jednym z produktów, który się tam znalazł, jest właśnie dezodorant Garnier'a.

Mam go już bardzo długo. Na początku byłam z niego bardzo zadowolona. Potem już mniej, bo niestety skóra się do niego przyzwyczaja i według mnie dużo gorzej działał. Powiedziała bym wręcz, że z czasem zaczyna się odkładać pod pachami (nie wiem jak to inaczej nazwać, ale tak jakby kiepsko zmywał się podczas mycia i pod pachami tworzyła by mi się skorupa z tego dezodorantu). Troszkę wysusza skórę i u mnie powodował lekki świąd czasami.

Odstawiłam go i zaczęłam stosować tylko na okazje. Wtedy zaczęłam zauważać więcej jego wad i zalet.  Jak go stosuję sporadycznie, to działa świetnie. Podoba mi się też jego bezzapachowa formuła. Niestety spray brudzi ubrania - na czarnych możemy dorobić się ślicznych plam, a tych spod pach to już nawet z czasem ciężko sprać.

Test na czarnym materiale, to nie znika tylko się wykrusza jako talk.

Po kilku miesiącach w blogosferze zaczęłam powolutku rozgryzać składy. Wydawało mi się, że jak jest to dezodorant mineralny, to jest inny niż wszystkie. A tu okazało się, ze ma w składzie uwodniony chlorek glinu, czyli to co każdy inny dezodorant. Minerały w składzie mają za zadanie jedynie wydłużyć działanie soli glinu. Tylko komu potrzebny dezodorant działający 48h??? Wydaje mi się, że każdy myje się chociaż raz na dobę??? W związku z tym myślę, że na razie sobie daruję, chyba że zacznie się deficyt wody na świecie i będzie można się myć tylko raz na dwa dni.


Wydajność całkiem niezła. Miałam z tej serii jeszcze dezodorant w kulce i był o niebo lepszy od tego w spray'u.

Czy polecam? Chyba jednak nie.

wtorek, 16 października 2012

Avon Planet Spa Śródziemnomorskie serum do szyi i dekoltu

Kosmetyk ten jest już bardzo długo w ofercie Avon'u, a jest niesamowicie niedoceniany. Zarówno przez konsultantki jak i przez klientki.

Wygląda bardzo niepozornie, ot takie psikadełko. Druga sprawa, że służy ono do pielęgnacji takiego rejonu ciała, o który mało kto dba. Czyli szyja i dekolt. I teraz pytanie: Która z Was tam się regularnie czymś smaruje???


Ja od zawsze, ale jestem przypadkiem beznadziejnym. Już w wieku 12 lat lekarz kazał mojej mamie kupić mi balsam do ciała w aptece. Miałam wtedy tak suchą skórę, że naskórek schodził ze mnie płatami tworząc nieestetyczne rany. Więc smarowałam całe ciało, od stóp do głów, bo inaczej zaraz pojawiały się te paskudztwa na moim ciele. Moja mama zaczęła czytać i uczyć mnie jak dbać o skórę, żebym nie wyglądała jak krokodyl. Jak miałam 15 lat, została konsultantką i zaczęłyśmy testy, co mi służy, a co nie. Bo dziewczyny w tamtych czasach, apteczne kosmetyki były bezzapachowe i tłuste. Zaczynałam być nastolatką i uważałam, że jestem już na tyle dorosła, że mogę się malować, czy używać ładnie pachnących kosmetyków dla dorosłych.

Kilka lat później wprowadzono całą linię Planet Spa i na początek wiele konsultantek mogło kupić te kosmetyki za grosze. Do mnie m.in. trafiło to serum, więc zaczęłam używać i używam je do tej pory z przerwami. Zdradzam je dla kosmetyków typowo do pielęgnacji biustu, ale są to krótkie, przelotne romansiki.


Buteleczka jest mała, bo mieści się tam zaledwie 50ml. Ale, niech to was nie zwiedzie, bo jest mega wydajne. Serum jest lejące i mam delikatny, świeży, oliwkowy zapach. Aplikacja za pomocą pompki, jest niesamowicie wygodna. Jedno psiknięcie dozuje odpowiednią ilość do wysmarowania szyi, dekoltu, a w moim przypadku też piersi.

Żele do biustu, są zazwyczaj strasznie klejące, a to serum bardzo szybko się wchłania, zostawiając fajnie nawilżoną i gładką skórę. Zapach szybko się ulatnia ze skóry, co akurat mi odpowiada, bo nie koniecznie śródziemnomorskie zapaszki mi odpowiadają :/

Jednak efekty są super. Tak jak już pisałam wcześniej, skóra jest nawilżona, gładka i miła w dotyku. Nawet po zaprzestaniu stosowania, efekt utrzymuje się kilka dni. Lubię jak kosmetyk nie jest tylko doraźny, tylko jakoś tam jednak działa.

Dlatego też polecam.

Aha, i jeszcze cena. Normalnie jest ona dość wysoka, w katalogu też się waha ok 20zł, jednak allegro jest pełne tego serum, w naprawdę niskich cenach :)
























w miejscu w którym odbił się flesz w składzie jest Polysorbet 20



piątek, 12 października 2012

"EMPTY BEFORE THE WORLD IS END"

Nie wiem, jak u Was dziewczyny, ale mam w domu sporo pozaczynanych kosmetyków i coraz bardziej zaczyna mi brakować samozaparcia by je zużyć. Postanowiłam to sprowadzić do posta a'la "projekt denko", tylko z kilkoma zmianami.

Całość będzie nosiła wdzięczną nazwę "EMPTY BEFORE THE WORLD IS END". Nazwa mam nadzieję  sugeruje, kiedy nastąpi koniec mojego zadania, czyli 21.12.2012. Jest to data, która wg Majów oznacza koniec świata. Każdy wierzy w to co chce. Dla mnie będzie to dzień, w którym rozliczę się z mojej "małej misji". A dodatkowo będzie to tydzień przed świętami, więc miejsce pustych opakowań będę mogła zastąpić nowymi kosmetykami :D Przecież przed świętami będą najlepsze promocje :D

Poniżej znajdziecie listę kosmetyków, które męczę, lub które mam zamiar zużyć, a do tej pory kiepsko mi to szło. Jeśli ktoś miałby ochotę się do mnie przyłączyć, to zapraszam do zabawy, przez nasmarowanie swojego własnego posta.

Przed Nami 70 dni zużywania. Pamiętajcie tylko, że cel powinien być ambitny, ale realny do spełnienia :) Wtedy sukces z jego osiągnięcia będzie smakował lepiej :D

MÓJ CEL TO POZBYĆ SIĘ TEGO:
- Avon Planet Spa żel do pielęgnacji szyi i dekoltu - mam jeszcze drugi, a jest mega wydajny
- Avon SSS olejek ze złotymi drobinkami w żelu - świetny i szkoda było mi go zużyć, ale znów pojawi się w ofercie :D
- Physiogel balsam do ciała - przeszkadza mi brak zapachu
- Avon krem do stóp z algami - ma okropną tłustą konsystencję
- Dax Cosmetics - masło do ciała - wetknęłam paluch do niego, ale zapach nie do końca mi pasi
- Avon krem antycellulitowy - mam jeszcze 2 oprócz tego
- Oriflame krem do ciała After Hours - perfumy zużyłam, a krem mi został
- Avon krem ujedrniający Planet Spa - juz wycofany
- H&M masło do ciała ananasowe - zapach cudny, działanie mierne
- Avon naturals masło róża z brzoskwinia - odrzuca mnie chemiczny zapach z pojemniczka
- Avon żel do biustu - kleista konsystencja

- Vichy krem do twarzy - kiepski, a mam jeszcze drugi
- Vichy płyn micelarny - kiepski, a mam jeszcze drugi
-  Avon krem pod oczy - zbyt wydajny, ale dobry
- Oriflame resztka toniku Royal velvet - lubię ale znudził mi się
- Avon dwa okropne kremy z linii Solutions zużyje do stóp
- Avon miniaturka kremu Therma Firm - dobry o chemicznym zapachu
- Avon Planet Spa olejek do twarzy na noc - wydajny ale dobry

- Avon maseczka Planet Spa czerwona - okropna, nic nie robiąca
- Avon maseczka Planet Spa fioletowa - fajna, ale zapach okropny
- Avon maseczka Planet Spa różowa - fajna, ale już wycofana
- Avon żel do mycia twarzy Anew - zbyt wydajny
- Avon żel do mycia twarzy Naturals - kiepski
- Avon peeling do buzi Naturals - nie podoba mi się

- dezodorant Fa - zużyć zanim zacznę następne
- mgiełka Avon - zbyt intensywny zapach
- dezodorant Garnier - zyżyć zanim zacznę następne
- perfumy Avon - poprostu muszę, bo skończyła się im data w kwietniu tego roku

- olejek Avon Planet |Spa - zapomniałam o nim i nadal zapominam żeby go zużyć
- stara odżywka Avon - mega wydajna, w działaniu średnia
- Yves Rocher płukanka octowa - nie uzywam z lenistwa a jest super
- Avon serum na końcówki - nie lubię bo mam potem tłuste palce, a jest dobra
- szampon Green Pharmacy - kiepski
- szampon Sence - kiepski
- odżywka GlissKur - nic nie robi


- róż, którego zużyć nie mogę, ale już blisko
- resztka podkładu Oriflame
- resztka pudru Oriflame
- miodek z Avonu - gorszy niż ten z Oriflame
- mój własny błyszczyk
- stado szminek i błyszczyków - mam je juz zbyt długo
- tusz Avon - odwidział mi się
- błyszczyk w kredce - okropnie niepraktyczny

Czy mi się uda? Jak myślicie?

EDIT 17.10.2012 jeden błyszczyk mniej :D

VIchy krem Aqualia Thermale Riche

O płynie micelarnym pisałam tutaj, a o wodzie termalnej tutaj.


Przyszła więc pora na recenzję kremu z tej serii. Mam wersję Riche do skóry suchej, tylko, że miniaturkę 15ml.

Skład: Aqua/Water, Glycerin, Cyclohexasiloxane, Caprylic/Capric Triglyceride, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Butyrospermum Parkii/Shea Butter, Synthetic Wax, Hydrogenated Polyisobutene, Ammonium Polyacroloyldimethyl Taurate, Steary Dimethicone, Glyceryl Stearate, Behenyl Alcohol, Glyceryl Sterate Citrate, Triethanolamine, Sodium Dicocoylethylenediamine PEG-15 Sulfate, Sodium Chloride, Sodium Hyaluronate, Cellulose Acetate Butyrate, Disodium EDTA, Propylene Glycol, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Polyphosphorylcholine Glycol Acrylate, Polyvinyl Alcohol, Butylene Glycol, Methylparaben, Capryl Glycol/Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Parfum/Fragrance

Zacznę od początku. Bardzo mi się podoba, że krem jest w szklanym słoiczku - nakrętki trafiają do potrzebujących (np TUTAJ), a słoiczek po umyciu do pojemnika ze szkłem. Ekologicznie i fajnie.


Sam krem jest biały, ma bardzo delikatny, kremowy, świeży zapach. Konsystencja wydaje się być lekka, bardzo dobrze się rozsmarowuje i całkiem nieźle wchłania. Niestety na twarzy pozostaje po użyciu tłusta warstewka. Buzia nie świeci się jakoś bardzo od tego, zresztą mi to nie przeszkadza. Tłusta warstwa ani nie wpływa negatywnie na nakładanie makijażu, ani na jego trwałość. Więc to na plus.

To zdjęcie pokazuje tłustą warstewkę jaka po nałożeniu zostawia krem.
Skóra w górnej części odznacza się i jest bardziej błyszcząca.

Wg producenta krem ma koić i nawilżać. Szczerze powiem, że nie jestem tak do końca zadowolona. Jak było cieplej, kremik dużo lepiej sobie radził. Teraz, gdy bardzo szybko się ochłodziło, zaczął wiać chłodniejszy wiatr, pomimo wysmarowania nim buźki, czuję w niektórych partiach twarzy lekkie ściagnięcie i niedostateczne nawilżenie. Jak jeszcze w sezonie cieplejszym zdarzało się to czasami , tak teraz jest to nagminne. Najgorsze wg mnie jednak jest to, że po zmyciu kremu nic z tego nawilżenia nie pozostaje. Długotrwałe stosowanie także nie sprawia, że nasza skóra jest bardziej nawilżona. Czyli krem nie "leczy", a jedynie jest środkiem doraźnym.

Jego niewątpliwą zaletą jest to, że nie podrażnia, więc moje policzki nie czerwienią się po nałożeniu. Nie ma też uczucia pieczenia czy szczypania.

Krem jest bardzo wydajny, bo niewiele potrzeba, żeby pokryć całą twarz. Próbowałam nakładać go więcej, żeby spróbować zwiększyć jego działanie nawilżające. Po pierwsze nic to nie daje. Po drugie tłusta warstwa na twarzy jest wtedy bardziej lepiąca i mniej komfortowa.

Nie polecam tego mazidła. Mocno bym się wkurzyła, gdybym kupiła pełnowartościowy produkt, czyli 50 ml za ok 70zł, bo ten krem nie jest wart tej ceny. Niestety płacimy tu za etykietkę a nie za działanie.